Dzisiaj Beskid Niski to kraina bobrów, myszołowów i ciszy. Jednak w końcu natrafia się tu na
pozostałości cmentarza, krzyże, zarośnięte podmurówki. Ślady zgładzonego świata – mówi Monika
Sznajderman, autorka „Pustego lasu”.

ROZMAWIAŁA Aldona Łaniewska-Wołłk

 

Ґрафіка: Церков Святых Космы і Даміана в Незнайовій з 1780 рока, розбурена в 50-60-ых (?) роках минулого столітя.

 

 

Spacerując śladami łemkowskich wiosek po Wołowcu i sąsiednich dolinach, często myśli pani o przeszłości?

Nie umiem o niej nie myśleć i dostrzegać w tych miejscach tylko pięknych widoków, pustych dolin, pokrzywisk. Natura nie jest tu obojętna, bo zastąpiła ludzkie życie. Kiedyś, dawno temu, Beskid Niski był gęsto zaludniony, szczyty porastały krzaki, a nie las, który wycięto jeszcze wcześniej.
Było biednie i kamieniście. Przyroda odżyła dopiero po wysiedleniach. Chciałam w „Pustym lesie” pokazać, co by było, gdyby koniec tamtego świata nie nastąpił lub nastąpił później.

Skrupulatnie przytacza pani genealogię mieszkańców Wołowca i rysuje szczegółową topografię okolic. Niczym kronikarz ocala je od zapomnienia.

Bliska jest mi mikrohistoria, opowiadanie o przeszłości w bardzo dużym zbliżeniu, dzięki któremu można zobaczyć rzeczywistość jak pod mikroskopem. Staram się też zmieniać obiektywy: poszerzać i zawężać pole widzenia. Bo Wołowiec jest częścią świata, mimo że jest oddzielony górami i lasami. W jego losach jak w kropli wody odbijał się XX w.

Przypomina pani wiele wydarzeń z dziejów okolic. Pogromy, tragedię I wojny światowej, epidemię cholery oraz gorączkę naftową. Akcję „Wisła” i wysiedlenia po II wojnie światowej.

Wołowiec jest miejscem zranionym. Zgwałconym przez trudną historię, przesiedlenia i akcję „Wisła”.
Ludzie, dawni mieszkańcy, ale z czasem i turyści, zaczęli wracać na te tereny dopiero od końca lat 50. W latach 60. i 70., kiedy obrosły już nowym mitem – krainy dzikiej, bezludnej, przez swą przeszłość melancholijnej. Paradoksalnie, to właśnie wysiedlenie dało możliwość zamieszkania tu takim ludziom jak ja. Zajmuję czyjeś miejsce. Moich dawnych sąsiadów było do 1945 r. około 800, w tej chwili jest nas 18, więc mam mnóstwo zarówno realnej, jak i symbolicznej przestrzeni.

Opowiada pani o planach wybudowania kolei ze stacją w Nieznajowej.

To była jedna z ludniejszych wsi, gdzie odbywały się największe targi bydła w okolicy, stały dwa młyny, tartak, posterunek policji, szkoła i karczmy i był prąd, co jak na tamte czasy samo w sobie wydawało się niezwykłe. Przez Nieznajową chciano poprowadzić kolej przez słowacki Bardejów aż na Węgry. Ta wizja nieprawdopodobnie do mnie przemówiła. Oczyma wyobraźni widziałam już, jak pociąg przedziera się przez przedwojenne łemkowskie wioski, jak wszystko się zmienia.

Ponoć w Nieznajowej „trzeba się bardzo starać, by uwierzyć, że tu było tyle życia”.

To prawda. Ale trudno też to wyobrażenie odpamiętać i odzobaczyć. Dzisiaj to kraina bobrów, nad którą przelatuje czarny bocian czy myszołów i gdzie panuje absolutna cisza. Jednak w końcu nieuchronnie natrafia się na pozostałości cmentarza, krzyże, na stare sady, zarośnięte podmurówki i studnie. Niby jesteśmy tu i teraz, ale trwają w nas tamta historia, tamto życie, tamci ludzie. Przytaczam w książce ich imiona i nazwiska, bo to jedyne, co po nich pozostało. To jak odprawianie dziadów: przywołuję ich w rytuale, żeby powiedzieć o nich to, co wiem: że nazywali się Toropyło, Gabło, Pyrz. Tyle mogę zrobić. Niby mało, ale bardzo wiele.

Czy to, co się działo w Beskidzie Niskim po II wojnie światowej, jest dla mieszkańców tematem tabu?

Nie, te wydarzenia znajdują swoje odbicie w kulturze łemkowskiej: choćby w wierszach i we wspomnieniach. Wciąż żywe jest poczucie niezawinionej krzywdy, żal. Na tym i na micie arkadyjskiej beskidzkiej ojczyzny zbudowana jest literatura łemkowska.

Co roku w Zdyni – wsi położonej niedaleko Wołowca – odbywa się Watra Łemkowska. Bywa tam pani?

Tak, bardzo lubię Watrę. Zjeżdżają się wówczas Łemkowie z całego świata. W ciągu dnia są występy na estradzie, a wieczorami śpiewy dobiegają już zewsząd. Jest w tym autentyzm i prawdziwa radość ze spotkania.

Ale „Pusty las” to także pani osobista historia. Pełna barwnych opowieści z pierwszych lat pani mieszkania w Beskidzie Niskim. Czy ma pani jeszcze to pierwsze wydanie tomu „Przez rzekę” Andrzeja Stasiuka – książki, od której wydawnictwo Czarne rozpoczęło swoją działalność?

Ktoś nam ją kiedyś podarował. To rzeczywiście było śmieszne wydarzenie, to wydanie pierwszej książki.
Wszystko stało się przypadkiem. Na początku żyliśmy w tych górach w biedzie. Dwoje ludzi z miasta. Ja się doktoryzowałam, Andrzej – opiekun łemkowskiej cerkwi, czyli pracownik muzeum w Nowym Sączu. W pewnym momencie skończyły się studia doktoranckie, a Andrzej stracił posadę, bo cerkiew zabrano do skansenu. Był początek lat 90. Nagle musieliśmy dorosnąć. Trochę późno.

Nazwa „Czarne” pochodzi od wsi w okolicach Wołowca.

Tak. Przez wiele lat mieszkaliśmy w Czarnem, w jednej z dwóch chałup, które pozostały po poprzednich mieszkańcach. Siedzieliśmy tam przy lampach naftowych, bardzo dużo pisaliśmy i tam powstał pomysł wydania pierwszej książki. By to zrobić, musieliśmy założyć wydawnictwo. Chcieliśmy wydawać dobre książki i się tym bawić.

Dawaliście sobie radę z rzeczywistością? Z zimą, z zasypanymi drogami, z odcięciem od świata?

Po prostu się temu poddawaliśmy. Tam nauczyłam się pór roku. W mieście trudno jest zauważać pogodę i przyrodę. Tam konfrontowaliśmy się z nimi na każdym kroku. Zimą bardzo długo panowała ciemność – namacalna i dotkliwa. Zupełnie dla mnie nowe odczucie. Takie życie, oczywiście, generowało całą masę nowych obowiązków, bo trzeba palić w piecu, wyrąbać przerębel w studni, nanosić wody, kupić naftę i rozpalić lampy, ale było doświadczeniem cennym i ciekawym.

Inspirującym?

W Czarnem napisałam dwie książki. Pierwsza to mój doktorat o postaci błazna w kulturze. Druga – „Współczesna Biblia Pauperum. Szkice o wideo i kulturze popularnej”. Wtedy bardzo popularne stały się filmy na kasetach wideo. Moi sąsiedzi – robotnicy leśni – mieli prąd i magnetowidy. Przychodziłam do nich i razem z nimi siadałam przed ekranem. Eksplorowałam zupełnie nieznany ląd, bo to były produkcje, o których nie wiedzieli nawet filmoznawcy. Oczywiście, czasem miałam myśli, że może gdybym tak ciągle nie prała, nie nosiła drewna, nie naprawiała samochodu (bo ciągle się psuł na wybojach), to może bym coś „stworzyła”. Ale z czasem zrozumiałam, że żyjąc tam, też coś tworzę. Opisałam to doświadczenie w „Pustym lesie”. Ono mnie bardzo ukształtowało. Nigdy nie żałowałam, że tam żyję. Teraz mieszkamy w Wołowcu, otoczeni piękną przyrodą, mamy wydawnictwo i jesteśmy szczęśliwi.

Z jakimi dźwiękami kojarzy się pani Wołowiec?

Z ciszą. Ale też z odgłosami zwierząt. Z chrumkaniem naszych sześciu czarnych owiec, kiedy jedzą siano. Albo z ich beczeniem, gdy ktoś wychodzi na taras, bo to bardzo towarzyskie owce. Inaczej beczy duże stado naszego sąsiada, gdy po zimie po raz pierwszy wychodzi na pastwisko. Wiosną jest tam dużo jagniąt. To kojący świat ustalonych barw w dźwięku i pejzażu. Rejestruje się w nim każdy obcy odgłos, każdy nowy zapach i każdego nieznajomego człowieka.

Opisuje pani w „Pustym lesie” spacer drogami Wołowca. Grzęznąc w błocie, czuje pani, jakby stawało się ono częścią pani. A w nim z kolei są cząstki życia sprzed pani nadejścia.

To się dzieje na każdym poziomie. Nie tylko w wyobraźni i w pamięci. Kawałek naszego domu jest zbudowany ze starej wołowieckiej cerkwi, którą rozebrano w latach 50., a później cegły wykorzystano w pobliskim PGR. Tu wszystko się tak zaplata. Nowe domy wznosi się na starych podmurówkach. Gdzieniegdzie wciąż czerpie się wodę z przedwojennych studni, a niektórzy próbują szczepić stare drzewa i wskrzeszać dawne sady. Nie da się tu stworzyć nowego życia bez związku z przeszłością. Dlatego noszę w sobie świadomość, że chodzę drogą, którą wydeptali dla mnie inni. Że weszłam w czyjeś buty, w czyjś świat. Jestem w nim wciąż jeszcze trochę gościem, ale też trochę już gospodynią. I wiem, że muszę się o niego troszczyć.

Wprost, 9 czerwca 2019

Ґрафіка: Церков Святых Космы і Даміана в Незнайовій з 1780 рока, розбурена в 50-60-ых (?)
роках минулого столітя.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *